sobota, 2 lutego 2013

ZEMSTA...ŚW. MIKOŁAJA

 Dawno...dawno temu, nie za górami i nie za lasami, ale za naszą rzeką Wisłą, na obrzeżach wielkiego miasta, w bloku nowo powstałego osiedla...zamieszkali nasi przyjaciele. Otrzymali duże spółdzielcze mieszkanie i zapragnęli w okresie przedświątecznym urządzić u siebie "Mikołajkową" imprezkę. Zaprosili najbliższych przyjaciół z dziećmi, bo Św.Mikołaj...był dla nich, najprawdziwszy i wspaniałe prezenty też! Kiedy całe towarzystwo, rozlokowane w salonie zajęło się rozmową, a dzieciarnia w wieku od 4-6 lat rozbrykana szalała, biegając od pokoju do pokoju...mąż mojej przyjaciółki niepostrzeżenie zniknął.Dorośli oczywiście wiedzieli, że T. poszedł się przebrać do sąsiada, a dzieciarnia w ogóle nie zauważyła jego wyjścia. W pewnym momencie dzwonek do drzwi spowodował wrzask i ucieczkę dzieciaków w ramiona matek:) Po chwili do pokoju wszedł Św. Mikołaj...bardzo przygarbiony pod ciężarem worka, krok miał ciężki, posuwisty, więc gospodyni podprowadziła go do krzesła i posadziła wygodnie. 
 A Święty spokojnym, delikatnym głosem opowiedział dzieciom o swoim życiu w zimowej krainie, o listach   jakie dostaje od dzieci i nie tylko...o tym, że wszystko widzi i wie o dobrych i złych uczynkach. Chciałby aby dzieci powiedziały czy były grzeczne, to wtedy dostaną prezenty. Oczywiście każde z nich podnosiło łapeczki i zapewniało o swoim wzorowym zachowaniu.
No, to Mikołaj zaczął przepytywać dorosłych.... poczynając od gospodyni.
- Powiedz mi moje dziecko, czy to prawda, że nie dbasz o swego męża...kiedy wraca wieczorem bardzo "zmęczony"? Czy robisz mu wyrzuty, kiedy "przepracowany" nie może kluczem drzwi otworzyć, bo na oczy nie widzi? Czy zostawiasz go samego w pustym pokoju, nie przygarniesz go i nie przytulisz w małżeńskim łożu...tylko dlatego, że ciężko "pracuje"? Czy to prawda, że na drugi dzień, kiedy on cierpi, głowa go boli i wnętrzności palą...nie jesteś dla niego pielęgniarką, współczującą opiekunką i kochającą żoną? Czy to prawda, że zamiast podać "choremu" kubek zsiadłego mleka, lub rosołek z żółtkiem...ty suszysz mu głowę i wiercisz dziurę w brzuchu o sprawach, których on w ogóle nie rozumie?  Jeżeli to wszystko prawda o czym napisał twój mąż, musisz obiecać poprawę i prosić o wybaczenie. 
Teraz ..ucałuj rękę Św. Mikołaja na znak pokory i przeprosin!
Dzieci zafascynowane tym, co się na ich oczach działo, patrzyły z otwartymi buziami...Dorośli dusili się ze śmiechu, zachowując pozornie poważne miny. A moja przyjaciółka...z pokorą i uśmiechem pocałowała w rękę swego męża...Św. Mikołaja:))) Mówiąc przy tym teatralnym szeptem: - Nie wybaczę...
Potem było rozdawanie prezentów,wyjście Świętego i zabawa dzieci...po jakimś czasie, cichcem dołączył do nas gospodarz, śmiechom i docinkom z naszej strony nie było końca. Nie pomnę o co nas wypytywał, ale jednego jestem pewna, nie całowaliśmy Świętego w rękę:)))
 

wtorek, 22 stycznia 2013

ZAKOCHANY ..."PAN WIRUS"...

Pan W... adorował mnie już od listopada, ale tak jakoś delikatnie, łaskocząc w nosek, czółko i dmuchając w uszko. Sądziłam, że moja stanowcza postawa i wewnętrzna siła charakteru...potrafią sobie z tym panem poradzić. Chodziłam więc z odkrytą i podniesioną głową, najwyraźniej lekceważąc sobie zaloty "W". Jednak zakochany pan nie odpuścił, a biedna słaba płeć, "puch marny", czyli ja, przed takim "macho", musiałam ulec. Poległam więc w jego ramionach, gorących objęciach i zmiennym stanem świadomości....na prawie dwa miesiące. Okazywana niechęć i wrogość do pana "W", wspomagana silnymi lekami i ciągłym snem, tylko na krótko uwalniała mnie od tego "amanta". Już czułam się lepiej, wyskoczyłam na świeże powietrze, myśląc, że tam...gdzieś na alejkach parkowych, pozbędę się "namolniaka", lecz on ciągle wracał. Postanowiłam zaprzyjaźnić się z nim, więc otulona ciepłą kołderką leżałam w łóżeczku....na okrągło - od świąt od połowy stycznia. Myślę, że zrobiło się nudno mojemu adoratorowi...i poszedł sobie w świat...szukać następnej ofiary:)))

 Wszystkim moim przyjaciołom i znajomym dziękuję i to bardzo serdecznie za pamięć, życzenia i przesympatyczne e'maile!!!! Po raz pierwszy, w ciągu tych kilku lat naszej znajomości, zdarzyło mi się nie napisać kartek z życzeniami świątecznymi i noworocznymi....tak bardzo mi przykro!!!!


Od dwóch dni, kiedy skończyłam czytać zaległą korespondencję w ilości 673 maile, zajmuję się nowym pomysłem....czyli robieniem animacji! Wczoraj udało mi się zrobić pierwszą kilku sekundową....cieszę się jak małe dziecko:))) Wybaczcie, że się tym filmikiem chwalę, ale już taka jestem...i to by było na tyle.


wtorek, 20 listopada 2012

WINDĄ DO .....SĄSIADA :))))



Dzisiejsza moja przygoda, sprowokowana oczywiście przeze mnie...mówi wyraźnie:"jaka Grażusia jest, każdy widzi..." Wybrałam się z koleżanką na imieniny mojej szwagierki. Wiedziałyśmy, że w jej bloku jest remont widny, a właściwie wymiana starej na nową.Podchodząc do bloku, martwiłyśmy się, że musimy drałować na 7 piętro piechotką. Wchodzimy na klatkę, a tam robotnicy znoszą różne rupiecie i zastawiają schody. Mówię do jednego z nich: - Panie kochany jakeś zepsuł windę, to nas teraz na plecach zanieś na 7 piętro. Uśmiechnęłam się i czekam, aż przejdzie z tymi rupieciami. Na to, drugi z nich mówi: - Na które piętro pani idzie, na 7-e? Nie ma sprawy, pani wsiada...zawiozę. Patrzymy z koleżanką, a w luku windy brudny, zawalony piachem, betonem, wapnem...kawałek prostokąta z desek, nad tym wszystkim wisi kabelek z umocowanym pudełeczkiem. Z każdej strony  tych desek jest około 20-30 cm odstępu od ściany, bo winda nie ma obudowy. Wepchnęłam koleżankę do środka, obłapiłyśmy się na "niedźwiadka" i stanęłyśmy na środku a facent na samym brzeżku, nacisnął guziczek i jazda w górę! Mówię do niej, że lepsza taka jazda niż drałowanie pieszo! Jedziemy i zerkamy na nowe, jeszcze oklejone folią drzwi, na których nie ma nr pięter, ale facet w pewnym momencie mówi: - Już 7-e można wysiadać. Otworzył drzwi i my roześmiane i szczęśliwe wyskoczyłyśmy na korytarz...podziękowałyśmy, życząc człowiekowi wiele szczęścia.
Zagadane i rozbawione podchodzimy do drzwi i pomne, że solenizantka przykazała walić w drzwi,bo ma zepsuty dzwonek, a na pokojach delikatnego pukania nie słychać.....walę więc w drzwi i dla zabawy krzyczę: - "Policjaaaaa!"  Po jakimś czasie słyszymy otwieranie zamka i....w drzwiach stoi przestraszony facet, w kalesonach, podkoszulku i z rozwichrzoną czupryną. Widać jakiś zaspany...patrzy na nas wybałuszonymi oczami, a my zapomniałyśmy języka w gębie. Pytam, czy to ten...nr mieszkania, bo chyba pomyliłyśmy drzwi. On się nie odzywa, tylko palcem pokazuje piętro wyżej. W tym momencie odzyskałam rezon i mówię, że go bardzo przepraszamy, ale chciałyśmy koleżance zrobić kawał....i jak widać się nie udało, bo to nie to piętro. Facet trzasnął drzwiami, coś pod nosem mrucząc, a my biegiem po schodach na górę




Poważna też potrafię być:))) Z tęsknoty za moim miastem dzieciństwa...zrobiłam filmik. Wielu znanych mi miejsc już nie ma, ale pamiętam ich sporo...