wtorek, 20 listopada 2012

WINDĄ DO .....SĄSIADA :))))



Dzisiejsza moja przygoda, sprowokowana oczywiście przeze mnie...mówi wyraźnie:"jaka Grażusia jest, każdy widzi..." Wybrałam się z koleżanką na imieniny mojej szwagierki. Wiedziałyśmy, że w jej bloku jest remont widny, a właściwie wymiana starej na nową.Podchodząc do bloku, martwiłyśmy się, że musimy drałować na 7 piętro piechotką. Wchodzimy na klatkę, a tam robotnicy znoszą różne rupiecie i zastawiają schody. Mówię do jednego z nich: - Panie kochany jakeś zepsuł windę, to nas teraz na plecach zanieś na 7 piętro. Uśmiechnęłam się i czekam, aż przejdzie z tymi rupieciami. Na to, drugi z nich mówi: - Na które piętro pani idzie, na 7-e? Nie ma sprawy, pani wsiada...zawiozę. Patrzymy z koleżanką, a w luku windy brudny, zawalony piachem, betonem, wapnem...kawałek prostokąta z desek, nad tym wszystkim wisi kabelek z umocowanym pudełeczkiem. Z każdej strony  tych desek jest około 20-30 cm odstępu od ściany, bo winda nie ma obudowy. Wepchnęłam koleżankę do środka, obłapiłyśmy się na "niedźwiadka" i stanęłyśmy na środku a facent na samym brzeżku, nacisnął guziczek i jazda w górę! Mówię do niej, że lepsza taka jazda niż drałowanie pieszo! Jedziemy i zerkamy na nowe, jeszcze oklejone folią drzwi, na których nie ma nr pięter, ale facet w pewnym momencie mówi: - Już 7-e można wysiadać. Otworzył drzwi i my roześmiane i szczęśliwe wyskoczyłyśmy na korytarz...podziękowałyśmy, życząc człowiekowi wiele szczęścia.
Zagadane i rozbawione podchodzimy do drzwi i pomne, że solenizantka przykazała walić w drzwi,bo ma zepsuty dzwonek, a na pokojach delikatnego pukania nie słychać.....walę więc w drzwi i dla zabawy krzyczę: - "Policjaaaaa!"  Po jakimś czasie słyszymy otwieranie zamka i....w drzwiach stoi przestraszony facet, w kalesonach, podkoszulku i z rozwichrzoną czupryną. Widać jakiś zaspany...patrzy na nas wybałuszonymi oczami, a my zapomniałyśmy języka w gębie. Pytam, czy to ten...nr mieszkania, bo chyba pomyliłyśmy drzwi. On się nie odzywa, tylko palcem pokazuje piętro wyżej. W tym momencie odzyskałam rezon i mówię, że go bardzo przepraszamy, ale chciałyśmy koleżance zrobić kawał....i jak widać się nie udało, bo to nie to piętro. Facet trzasnął drzwiami, coś pod nosem mrucząc, a my biegiem po schodach na górę




Poważna też potrafię być:))) Z tęsknoty za moim miastem dzieciństwa...zrobiłam filmik. Wielu znanych mi miejsc już nie ma, ale pamiętam ich sporo...
 

wtorek, 13 listopada 2012

LATAJĄCY DYWAN....UZIEMIONY:)))


W wakacyjnych planach miałam wyjazd do Szczecina, mojego miasta dzieciństwa i wczesnej młodości. Nic z tego nie wyszło, bo....szkoda gadać:))) Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - przyjechała do mnie przyjaciółka z dzieciństwa. Przegadałyśmy kilka dni i nocy, no i przy okazji przypomniała mi wiele zdarzeń, o których już nie pamiętałam. Będę miała znowu co pisać...wspomnień czar niech się kręci:)))
A więc historia niebywała, jak na tamte czasy. Nie dotyczy ona mego dzieciństwa, ale mniej więcej drugiej połowy lat 70-tych. Jedna z moich przyjaciółek, po latach studiów, wróciła do rodzinnego miasta na stałe. Założyła rodzinę i wyprowadziła się z domu. Mamusia jej została sama, tatuś już nie żył, więc koleżanka z siostrami starały się mamie pomóc jak tylko mogły. Niestety mamusia była uparta, bezkompromisowa i żadnej pomocy nie przyjmowała...co jej któraś z córek przyniosła, to oddawała, albo groziła, że wyrzuci. Chodziło przede wszystkim o przedmioty użytkowe, dziewczyny uważały, że niektóre rzeczy należałoby już wymienić, a mama uparcie powtarzała, że to co ma starczy jej do śmierci. Ustępowały więc, dając mamie spokój, ale moja przyjaciółka nie mogła zdzierżyć leżącego na podłodze, starego, spłowiałego dywanu. Postanowiła z mężem kupić mamie na urodziny nowy dywan....kosztowało ją to wiele wychodzonych po sklepach kilometrów...takie czasy, ale dywan kupiła piękny! Zatargali ten dywan przed uroczystością, myśląc, że mama się ucieszy a goście zachwycą. Kiedy jedno z nich zagadywało mamę w kuchni, drugie ściągnęło stary dywan i położyło nowy, ustawiając na nim stół. Po chwili mamusia weszła do pokoju i ...stanęła jak słup. Bez zastanowienia i z uszczypliwym słowotokiem oraz przeogromnymi siłami, niczym gladiator, odsunęła stół, wyciągnęła dywan i kazała położyć stary, a ten nowy zabierać! Cóż mieli robić, zabrali...ale moja przyjaciółka też się uparła i jeszcze ze dwa razy z tym dywanem pod pachą do mamy chodziła, licząc na jej lepszy humor. Któregoś dnia mąż przyjaciółki wpadł na genialny pomysł. Przyjaciółka wspólnie z siostrą...wyprowadziły mamusię z domu. On w tym czasie z dywanem pod pachą poszedł do mamusi i po ułożeniu dywanu....przybił go gwoździami do podłogi!!!! Po powrocie mamusia była zszokowana, bo dywanu nie mogła oderwać i ...pogodziła się z tym. A co najfajniejsze, to to, że bardzo ją ta sytuacja rozbawiła i opowiadała o tym, wszystkim swoim znajomym.







czwartek, 25 października 2012

RADOŚĆ Z OTRZYMANEGO PREZENTU...OGROMNA!!! A RADOCHĘ SPRAWIA MI ....DAWANIE INNYM RADOŚCI!!!

Przeto zamieniam się w "samochwałę":))) Po tak długiej nieobecności, wracałam na łono blogowych saloników z duszą na ramieniu i myślą: "czy mnie ktoś jeszcze pamięta?" Okazuje się, że tak...kochana Nastka powiadomiła mnie o przyznanym przez nią wyróżnieniu. Wzruszyłam się niezmiernie, łezka poleciała....jednak natura wzięła górę i radość wypełniła moje serce, a uśmiech wykwitł na obliczu:)))
ANASTE tak mnie postrzega:
 - Grasza 44- fantastyczna , cudowna , pełna ciepła i humoru . Lubuję się w jej notkach pełnych wspomnień . Rzadko się spotyka ludzi z taką radością podchodzących do życia . Przypomina mi kobiety z mojej rodziny i nie sposób minąć jej bloga obojętnie .
A oto słodka nagroda:)
  Radochę sprawi mi podarowanie tej słodkiej nagrody tym blogom i ich autorkom, u których w salonikach najdłużej buszuję:))))
ANABELL - za osobowość, jak sama o sobie mówi, jest kobietą udomowioną.A jako taka odznacza się ogromną pracowitością! Uzdolnienia manualne wykorzystuje do tworzenia, a potem rozdawania, przepięknych, koralikowych precjozów. Fakt ten świadczy o jej dobrym, szczerym serduszku, bezinteresowności i przyjacielskim oddaniu. Poza tym ma talent literacki, zmysł detektywistyczny i wyszukuje, a potem opisuje, niesamowite tematy-dylematy, zagadki historyczne, medyczne i społeczne. W jej salonikach nie sposób się nudzić, tryska humorem i energią!
AZALIA - za wyjątkowy talent literacki. Wszystko, o czym pisze, dotyczy spraw codziennych,ludzkich, radosnych i smutnych. Pisze w sposób jasny, klarowny, przeplatając swe opowiadania barwnymi, pełnymi humoru wstawkami. Potrafi też wywołać dreszczyk emocji dozując ...napięcie lub opisując historie osnute mgłą tajemnicy. Jest osobą życzliwą, szczerą, kontaktową z dużym poczuciem humoru i wielkim bagażem życiowych mądrości.
EWA- za talent poetycki - za naturalne, szczere i nieraz bardzo emocjonalne wypowiedzi w sprawach bulwersujących, codziennych, ludzkich i nie tylko. Jest kobietą niezwykłą - silna, kiedy trzeba nieść pomoc słabym i pokrzywdzonym oraz wrażliwa, życzliwa, mądra, skromna i szczera!
KRYSIA- za fantastyczne pisarstwo, różnorodność zainteresowań i wiedzę wszelaką! Za wrażliwość, spostrzegawczość, poczucie humoru i kobiecość w pełnym tego słowa znaczeniu! Jest osobą kontaktową, życzliwą, sympatyczną i ma w sobie coś, co przyciąga do jej saloniku wielu gości!
MORGANA- za jej stałe i niezmienne zasady, własne morale i mądrość dojrzałej kobiety. Potrafi każdego zachęcić do przeczytania książki, obejrzenia ciekawego filmu, zrobienia wspaniałej potrawy, pielęgnacji kwiatów i ogrodu oraz do dobrych i poprawnych relacji między małżonkami, rodziną i tak ogólnie międzyludzkich!
Chciałabym obdarzyć tą słodką nagrodą o wiele więcej blogów, które uwielbiam odwiedzać i czuję się tam doskonale, jednak nie jestem w stanie od ręki zadecydować....Przy najbliższej okazji powołam "Kapitułę Grażusi" i stworzę własną nagrodę!!!
A teraz zasady, cytat z blogu Anaste:
 Inicjatywa pochodzi z tradycji zachodnich blogów, gdzie blogerzy przesyłają sobie kolorowe znaczki w ramach uznania. Ma to służyć przede wszystkim poprawieniu nastroju, pokazaniu, że dany blog wybitnie nam się podoba,na miłym geście w kierunku innych blogerów, a także popularyzacji ciekawych blogów. Osoba wyróżniona ma za zadanie wybrać 5, 10, lub 15 blogów,które wg niej zasłużyły na wyróżnienie, zamieścić je w podobnym temu poście i poinformować wyróżnionych.
Do pobrania:





niedziela, 21 października 2012

"MARNOTRAWNA" CÓRKA....POWRACA:)

Kiedy spojrzałam na datę ostatniego posta...to się za głowę złapałam:) Nie przypuszczałam, że aż tyle czasu mnie nie było:) Co tam, już jestem cała, zdrowa i pełna wigoru po ostatnim w tym roku, wyjazdowym spotkaniu. Jesienny zjazd w Lublinie przy pięknej słonecznej pogodzie, moje przyjaciółki lublinianki, zorganizowały rewelacyjnie. Już pierwszego dnia obwoził nas po mieście, przez ponad dwie godziny, wynajęty trolejbus "ZIUTEK"! 
Wieczorem, gromadne spotkanie w hotelowej sali konferencyjnej ....i świetna zabawa! Odstawiałyśmy nie tylko tańce i śpiewy:))), ale stworzyłyśmy na poczekaniu Kabarecik"Improwizacja"....śmiechom nie było końca:)))
 Wędrując po Lublinie i zwiedzając ciekawe zabytki, należało oczywiście wzmacniać się i napitkiem i....konkretnym daniem:))))
Miałyśmy tylko jeden kłopot....nie we wszystkich knajpeczkach było dla nas miejsce...."gromadka" liczyła skromne 18 osób:)))) Jednak nasza "Silna Grupa Pod Wezwaniem..." potrafiła pokonać wszystkie przeszkody:))) Bawiłyśmy się jak duże dzieci, tego się nie da zapomnieć. Boję się tylko, że za jakiś czas.....zaczniemy coraz bardziej dziecinnieć:))) Przez zimę nabieramy sił i pomysłów na nowe letnie zabawy....tak się umówiłyśmy!  
 

wtorek, 7 sierpnia 2012

PÓŁMETEK WAKACYJNYCH SZALEŃSTW....MINĄŁ:)

Po tak długiej przerwie w pisaniu, mam trudności z uporządkowaniem myśli, przeżyć, odczuć i doznań. Najtrudniej jest ująć ten miniony okres w słowa, opiewające wydarzenia różne, bo sama nie wiem, które są bardziej, a które mnie ważne. Postaram się jednak ułożyć to jakoś chronologicznie, poczynając od....zaległości. Hołdując zasadzie:"moje słowo droższe pieniędzy..." jak mawiał Pawlak w filmie "Sami swoi", wracam do chrzcin mojej wnuczki i prezentu jaki jej podarowałam....prawie trzy miesiące temu:) Jest to obrazek Anioła Stróża - mozaika wykonana z drobnych kamyków i szkiełek na drewnianej płytce - rękodzieło warszawskiego artysty St.Jureczek-Oziębło. Mam nadzieję, że ten Anioł Stróż będzie czuwał nad Blanką przez całe jej życie!
 
A to odwiedziny wnuczki w moim "apartamencie", pod czujnym okiem jej "bodyguarda".....praca przy wyrzucaniu zabawek z pudła i chowaniu ich...przed powrotem ...na swoje "włości" :)))

  O moich szalonych remontach w czerwcu i lipcu....nie będę wspominać, bo aż mi ciarki po plecach przechodzą...mam to już za sobą i cieszę się niezmiernie!
Z wielkim sentymentem i ogromną radością zapiszę, na wiecznej rzeczy pamiątkę, moje spotkanie w Poznaniu. Było nas, co prawda zaledwie kilka psiapsiółek z netu, ale wiadomo, że nie w ilości siła ...a w jakości:))) Fantastyczne rozmowy, mnóstwo śmiechu, wędrówki po ciekawych zakątkach Poznania, odkrywanie cudownych, ukrytych w ogródkach na zapleczu starych kamienic, ujutnych restauracji. Podają tam przepyszne i w ogromnej ilości dania.....uwielbiam:)))


Przede mną następne spotkania na terenie Warszawy....a pod koniec sierpnia wyjazd do Szczecina. Oby nic mi nie stanęło na przeszkodzie:))))
Po powrocie z Poznania i kilkudniowym odpoczynku....upały mnie wykończyły, spotkałam się z Anią. Umawiałyśmy się na pogaduchy od kilku tygodni i ciągle coś nam "wchodziło w drogę":))) Wreszcie w sobotę Ania znalazła chwilę dla mnie i mogłam ją wraz z małżonkiem, gościć w swoich skromnych progach. Dostałam od niej (utajniony urodzinowy prezent) - przecudny komplet: naszyjnik i klipsy!!! ANABELL  dziękuję Ci za pamięć, Twoje dobre serduszko, sympatię i serdeczność, za niekończące się wspaniałe rozmowy, za radość z naszych spotkań i Twe ogromne poczucie humoru!!!! A nade wszystko dziękuję Ci za, bliski memu sercu, prezent!!!!
Prezent był zapakowany w ozdobione własnoręcznie, pięknymi kwiatami, pudełeczko. Dzięki Aniu!!!!!


wtorek, 17 lipca 2012

LATO NA WSI








ZUPA RATA-TUJ....CZYLI WSZYSTKO W GARNKU.

Miałam wtedy może 7 albo 8 lat i jak zwykle część wakacji spędzałam u wujostwa na wsi. Lato było piękne i upalne, w ogrodzie wszystko rosło jak na drożdżach. Wszelakiego dobra owocowo- warzywnego w brud, więc buszowaliśmy z kuzynem po ogrodzie objadając się tym, na co w danym momencie mieliśmy ochotę.
Któregoś dnia ciocia wybrała się na większe zakupy do pobliskiego miasteczka i zostawiła nas samych pod opieką wujka. A wujek miał sporo swojej pracy i zamiast siedzieć w domu z nami poszedł do biura - mieszczącego się po drugiej stronie długiego korytarza i obiecał, że będzie do nas zaglądał, ale mamy być grzeczni, bo inaczej......

Więc bawiliśmy się grzecznie przez krótki czas, tyle tylko, że mój "dobry diabełek" nie mógł zbyt długo spokojnie usiedzieć. Wpadłam na pomysł zrobienia wujostwu niespodzianki i ugotowania zupy z tego wszystkiego co rośnie w ogrodzie. Mój kuzynek był pomysłem zachwycony, bo też chciał mamie pokazać, że umie już gotować, no a ze mną, to na pewno zupa wyjdzie wyśmienita. Wzięliśmy duży kosz, w którym ciocia nosiła z ogrodu warzywa i poszliśmy zbierać wszystko to, co według nas na zupę się nadawało. No i znalazły się w koszu porzeczki, truskawki,rabarbar, groszek, fasolka,szczaw,cebula,marchewka, pietruszka, pomidory i ogórki - właściwie wszystko co tylko było na krzaczkach i w ziemi. Kiedy to przytargaliśmy do domu, to powstał problem jak rozpalić w piecu, bo piec był duży, na węgiel i z bodajże czterema otworami, na których leżały metalowe krążki tzw. fajerki. Mój kuzyn jednak stwierdził, że on umie rozpalać, bo często pomagał mamie i podawał drewniane szczapy do rozpałki - trochę się namęczył ale wreszcie rozpalił. Ustawiliśmy gar z wodą i mlekiem (bo przecież cioci zupy jarzynowe były białe) - większe warzywa pokroiliśmy a rabarbar połamaliśmy na kilka części a resztę i drobne owoce powrzucaliśmy w całości. Zupa się gotowała.
Siedzieliśmy w kuchni i zastanawialiśmy się co ciocia jeszcze dodawała do zupy i wyszło nam, że należy dosypać trochę soli, trochę pieprzu, no i na pewno ciocia jeszcze dodawała cukier - a w którymś momencie kuzyn doznał olśnienia, że mąkę też sypała - no i ciach wszystko do garnka. Gotowała się ta zupa przez jakiś czas, aż stwierdziliśmy, że już chyba jest dobra i należy teraz dodać masło i śmietanę, bo kuzyn się uparł, że tak właśnie ciocia robi i śmietanę dodaje na końcu.
A wujek przez cały czas do nas nie zaglą
dał, był albo bardzo zajęty albo uważał, że spokojnie się bawimy.
W końcu przyszedł do kuchni zdziwiony, że my tam jesteśmy a nie na podwórku czy w pokoju i od razu wyczuł, że piec gorący i coś się na nim gotuje. Myślał nawet, że już ciocia wróciła - a my strasznie z siebie dumni mówimy, że ugotowaliśmy obiad - pyszną zupę i zaraz wujkowi podamy.
Wujaszek popatrzył na nas, na pie
c i na cała w miarę czystą kuchnię i zawołał:"to dawać mi tą zupę, bo głodnym jak pies..."i poruszył swoim sumiastym wąsem na znak radości, puścił szelmowskie oczko do nas, rozsiadł się za stołem i założył pod szyję serwetkę, udając dostojnego gościa.

Nalałam zupę na talerz, podałam wujkowi i z miną rozanieloną czekałam na ocenę naszego dzieła. Jak tylko wujek włożył pierwszą łyżkę do buzi, to mu oczy niemalże na wierzch wyszły, zrobił taką okropną minę i zerwał się od stołu, że my z kuzynem skuliliśmy się ze strachu i umknęliśmy pod okno, byle dalej od wujka. Po dobrej chwili wujaszek doszedł do siebie (zupę oczywiście wypluł) i dopiero zaczął nas wypytywać co do tej zupy dodaliśmy. Okazało się, że nawet pies podwórkowy, pożeracz resztek, nie chciał tej zupy jeść. Kiedy ciocia wróciła, to nasz wujaszek opowiedział jej o naszym gotowaniu ale tak humorystycznie i broniąc nas, że ciocia już się nie denerwowała na nas, tylko zabroniła rozpalanie ognia pod płytą kuchenną. No i wujkowi się oberwało, że nas nie dopilnował, że taki czort jak ja, to mógł z dymem dom puścić, ale tym razem mi się upiekło i lania nie dostałam.


środa, 4 lipca 2012

MÓJ PIERWSZY VIDEOPOST...

video
Odzwyczaiłam się od pisania....ale nie od mówienia...posłuchajcie proszę!!!!

P.S. W dniach 24-26 lipca będę w Poznaniu na spotkaniu koleżeńskim. Kto jest z Poznaniu lub okolic a ma ochotę się ze mną spotkać, to proszę o kontakt!!!!

piątek, 27 kwietnia 2012

BYŁY URODZINY...TERAZ BĘDĄ CHRZCINY.

Pamiętniczku, mój przyjacielu - chwilowo chowam cię pod poduszkę:) Odpoczniesz ode mnie przez kilkanaście dni, które poświęcę swojej wnusi! Szykuje się wielkie ŚWIĘTO - CHRZCINY! Zajęć przy tym co niemiara, a babunia "byczek" powolny, zanim cokolwiek załatwi...lepiej nie mówić:)))) Kilka dni biegałam po odpowiednich sklepach, aby kupić coś  oryginalnego, nowoczesnego i w moim stylu...mam!!! Na dodatek bardzo się spodobało moim dzieciom, a wnuczka oceni prezent za kilka lub kilkanaście lat! Pokażę to cudeńko, jak będzie poświęcone i po uroczystości. Na razie zostawiam Ci pamiętniczku wesołe nutki....moje ostatnie "dziełka"...coś dla oczu, ucha i serducha:)))


środa, 18 kwietnia 2012

ZAKONNICA CZY PIJACZYNA?...KIM BĘDZIE W PRZYSZŁOŚCI, OTO JEST PYTANIE?

Moja wnusia skończyła wczoraj roczek! Przyjęcie urodzinowe zorganizowałyśmy w niedzielę, bo dzień wolny od pracy i rodzina zjechała gromadnie. Zgodnie z tradycją był tort a nawet dwa...świeczka z cyferką i radośnie tryskające "ognie" zimne oczywiście:)
Najważniejszym punktem programu było wybieranie "przyszłości" . Synowa ułożyła na stoliku różne przedmioty, symbolizujące przyszły jej zawód, zajęcia lub pasje. Wszyscy z zapartym tchem patrzyliśmy, co ten szkrab wybierze ? A Blaneczka z całą swoją stanowczością, radością i zaciekawieniem złapała....różaniec!
Drugim przedmiotem, który ją zaciekawił...był kieliszek!
Tak jej się spodobał, że z pustego...zaczęła pić:))) Dzieci stwierdziły wielce zmartwione, że chyba będzie zakonnicą-pijaczką:) W ogóle nie interesowały jej pieniądze ani narzędzie pisarskie czyli długopis ani nożyczki symbolizujące robótki ręczne, nic z tych praktycznych symboli. No i mamy teraz dylemat...co z niej wyrośnie, kim będzie? A może ktoś znający się bardziej na tych naszych zwyczajach, objaśni mi znaczenie tych symboli, może ten wybór jest dobry i przyszłość wnuczki całkiem inaczej będzie wyglądała?

środa, 11 kwietnia 2012

JAK W AMERYKAŃSKIM FILMIE...

Moje wspomnienia wyskakują jak pajac z pudełka...przez chwilę widzę obraz, bardzo charakterystyczny dla jakiegoś faktu, a kojarzony z czymś aktualnie wypowiedzianym, obejrzanym lub mającym miejsce. Muszę to natychmiast zapisać w notesie, używając szyfru:))) Rozszyfrowanie tego, co zapisałam, nie zawsze jest proste i łatwe, ale daję radę:))) Zapisałam sobie w notesie, miesiąc temu, datę "8 marca" i ni ciorta nie mogłam zaskoczyć, co się pod tą datą kryje, oprócz znanego od lat Dnia Kobiet....i nagle olśnienie!!! Kwiaty...kwiaty w pudełku!
Bardzo dawno temu...czyli za PRL-u Dzień Kobiet był obchodzony z rozmachem, hucznie i balangowo:) Większość pracowników, po imprezie zakładowej, przenosiła się rozochocona do restauracji lub domów prywatnych...świętując ten dzień we własnym, zaprzyjaźnionym gronie. Niestety, mnie takie imprezy przechodziły koło nosa, bo musiałam odebrać dziecko z przedszkola i zajmować się domem. Małżonek natomiast "czerpał garściami" i zawsze po pracy wędrował w doborowym towarzystwie na "obiadek":))) Przeważnie wracał o przyzwoitej godzinie czyli przed zaśnięciem syna i tylko na lekkim rauszu. Zdarzyło się kiedyś, że "...ojciec nie wraca ranki i wieczory..."a my czekamy i czekamy. Wreszcie dziecko zasnęło, a ja jak ten przygłup, od drzwi do okna i z powrotem...łażę i "obgryzam pazury". Północ dawno minęła, a męża nie ma... co się w mojej łepetynie działo, opowiadać nie będę:))) To wszystko przez brak telefonów komórkowych, że też ich wcześniej nie wymyślili:)))
W którymś momencie słyszę jakiś ruch pod drzwiami i dziwne szepty, rozmowy, śmiechy...wreszcie pukanie. Wściekła jak rozjuszony byk, otwieram drzwi...a tu "wchodzi" do domu pudło z rysunkiem lalki, a za nim małżonek i jego kolega z takim samym pudłem. Przez głowę przeleciała mi myśl, że chyba są bardzo napici skoro mąż zapomniał, że ma syna a nie córkę, po co chłopcu lalka?
 Mąż, widząc moją wściekłą minę mówi:
- Kochanie, chciałem żebyś w tym dniu czuła się jak w amerykańskim filmie! Przyniosłem ci kwiaty w pudełku, a nie w papierze:)
Otworzył pudło, a tam na dnie leżała zwiędnięta, rachityczna...róża.
Rozbroił mnie tym pomysłem całkowicie...roześmiałam się i pieczołowicie traktując różyczkę, wstawiłam ją do wazonu. 
Jak się okazało, to kolega męża był bardzo zmartwiony i zestresowany, bo w domu czekała na niego żona w ostatnim miesiącu ciąży...a on i pijany i noc późna. Przez godzinę doprowadzałam go do stanu "używalności", pocieszałam i w końcu odprowadziłam do taksówki. 
Na drugi dzień dowiedziałam się w jaki sposób "załatwili" pudła do "wymęczonych" i w większości pogubionych kwiatów. Przechodząc obok sklepu z zabawkami zauważyli, że mają w garści tylko 1-2 kwiatki i jak tu przynieść żonie takie resztki... Mój małżonek wymyślił, żeby przeszukać śmietnik obok sklepu i jak znajdą jakieś pudełka, to włożą kwiaty i coś do domu doniosą....Jak pomyślał tak i zrobił...znalazł pudełka po lalkach:))) 
Nie powiem jednak, abym się czuła jak w filmie amerykańskim....raczej, jak w polskiej komedii:)))


 

niedziela, 1 kwietnia 2012

"PODRÓŻ W REALU"...ZAKOŃCZONA:)

Gdybym chciała chronologicznie i w miarę dokładnie napisać, co robiłam w ciągu minionego miesiąca, to nic by z tego nie wyszło:) Przede wszystkim pisanie zajęłoby mi prawie całą noc, a sprawy w życiu codziennym przeplatały się w ten sposób, że trudno byłoby zachować kolejność. Co kilka dni dostawałam obuchem po głowie, od kolejnych przyjaciół docierały do mnie wieści o poważnych chorobach..."musisz mnie wysłuchać...", "musisz mi jakoś pomóc...", "nie chcę nic od nikogo, sama sobie poradzę, ale...." Nagle znalazłam się w świecie, który był mi dotąd obcy...zdałam sobie sprawę, że jesteśmy już na tej półce...z której Pan Bozia zgarnia duszyczki do siebie. Na szczęście, jakoś ci "wytypowani"...wracają do naszego życia małymi kroczkami, a zagrożenie się oddala! 
Inną sprawą, która mi bardzo utrudniła wirtualną działalność, to komputer. Po wyczyszczeniu dysku ze wszystkich "śmieci"...miałam wielki kłopot z odzyskaniem potrzebnych mi do pracy programów i zapisanych linków. Trwało dosyć długo, zanim przy pomocy wirtualnych przyjaciół odzyskałam to, co chciałam. 

Pierwszym po przerwie zapisem, będzie moje kolejne spotkanie z Aliną Janowską w Muzeum Niepodległości...na okoliczność wspomnień jej pobytu na Pawiaku. Tak się cieszyłam, że znowu sobie pogawędzimy, ale niestety pani Alina zachorowała i nie pojawiła się. Spotkanie poprowadziła kustosz Muzeum i reżyser Andrzej Kałuszko, który przedstawił nam film dokumentalny z udziałem właśnie Aliny Janowskiej. Nagrałam to spotkanie aparatem fotograficznym i tylko w części - samego filmu dokumentalnego nie udało mi się dobrze nagrać.
Kłopot też miałam z przetworzeniem tego mojego "pożal się Boże" filmu na taki, który można komukolwiek pokazać:) Mam jednak wspaniałego, wirtualnego przyjaciela na portalu YT, który jako znawca tematu, doprowadził moje nagranie do używalności. Adasiu dziękuję Ci, po raz kolejny za Twoją bezinteresowną i przyjacielską pomoc!!!!

 

niedziela, 26 lutego 2012

MAM...DOSTAŁAM - NAGRODĘ POCIESZENIA!!!!

Dla Danusi w podziękowaniu za Jej dobre serduszko!!!


       Dostałam w piątek paczkę od Danusi, a w niej...piękny wisiorek ....jako nagrodę pocieszenia! Kochana Danusia, nie chciała abym się smuciła z powodu popękanego wisiorka i przysłała mi inny, taki oto...śliczny, w moich ulubionych kolorach!!!!

Dziękuję Ci Danusiu, już sobie wymyśliłam jak go połączyć z tamtym naszyjnikiem...w całość!!! Kiedy będzie już gotowy, to Wam pokażę....może nie jestem taka "wielka gapa" - myśleć potrafię, ale co zrobią moje sztywne paluszki...oto jest pytanie? 
Mam chwilowo kłopot z komputerem, jest staruszkiem, przeładowanym programami i nie wytrzymuje presji, jaką na nim wywieram:))) Po sobotniej wizycie speca, przysłanego przez operatora sieci...wiem, że muszę się z moim kompkiem pożegnać. Jest jeden szkopuł - koszty nowego!!! Na razie jeszcze będę pracować z moim "przyjacielem", ale nieco wolniej i oszczędniej, nie zmuszając go do szybkiego "biegania":)))

niedziela, 19 lutego 2012

RADOŚĆ I SMUTEK....W JEDNYM STAŁY DOMU...A WŚCIEKŁOŚĆ NARASTAŁA...

Mijający tydzień dostarczył mi kilku emocji, takich wzajemnie wykluczających się doznań: radości, smutku i wściekłości.
I. Wygrałam w rozdawajce u DANUSI  piękny wisiorek! Bardzo się ucieszyłam, bo dawno nie udało mi się nic wygrać:))) Niecierpliwie czekałam na paczkę, aż wreszcie przyszła w piątek!!! Cała w skowronkach otwieram, delikatnie wyjmuję...a tu posypały się kawałki pękniętej, najważniejszej części wisiorka:((((( Zrobiło  mi się smutno, bo cóż z tym zrobić, skleić nie ma jak...Pomyślałam, że widocznie nie do mnie powinien trafić....za bardzo go chciałam mieć:) Radość zamieniła się w smutek!


A tak wygląda złożony.
Dostałam też piękną ręcznie przez Danusię malowaną kartkę!

  Danusiu, dziękuję Ci za ten piękny naszyjnik. Tak mi przykro, że uległ zniszczeniu ...po drodze.
II. Sprawa dotyczy zakupu nowego dotykowego telefonu. Moja wielka radość, że mam coś nowoczesnego, bardzo praktycznego w użytkowaniu...szybko zmieniła się w smutek...i wściekłość.

 Oczywiście na siebie, jak się okazuje "zachciewajki" są kosztowne!
Nowy telefon, przez ponad tydzień, fascynował mnie, pobudzał moje szare komórki do myślenia...uczyłam się jego obsługi, wykorzystywania wszystkich możliwych funkcji i opcji. Najbardziej podobało mi się to, że mam możliwość pobierania danych z komputera, odczytywania maili, ściągania zdjęć, filmików i muzyki.
 Poświęcałam tej zabawie każdą wolną chwilę, ale w którymś momencie, w celu upewnienia się, że opanowałam już wszystko....ściągnęłam sobie bilingi rozmów....i opcję "dostępne środki". Kiedy zobaczyłam, że środków w abonamencie mam "O", a do zapłacenia narosła mi kwota 10-krotnie wyższa od abonamentu, to omal zawału nie dostałam. Syn musiał mnie chwilowo "ubezwłasnowolnić" i zablokował komputer, telefon...wszystko wyczyścił do zera i po wygłoszeniu mądrej mowy na okoliczność...oddał telefon:))) Moja wielka radość zamieniła się we wściekłość....nie chcę się już niczego uczyć, bo to kosztowna impreza:)))